blinded by the lights / profil

3.

sobota, 9.stycznia.2010, 01:44
miałam długą przerwę i wypadłam z rytmu, ale nigdy nie zakładałam, że to coś będzie miało sens, więc daję wam kolejny, niekoniecznie analogiczny pod względem formy, fragmencik tej uczuciowej, miłej pisaninki na zimowy wieczór. hew fan.

PERLA

Siedzę w 29’s przy stoliku przy oknie. Rozłożyłam przed sobą jakieś notatki, kawa z posypką cynamonową stygnie zaskakująco wolno. Kiedy do mnie podchodzi, odruchowo przyciskam torebkę do boku tak, jak wszyscy robią to na widok ludzi w jego typie. Odsuwa sobie krzesło i siada vis a vis mnie. Łokcie opiera na blacie stolika i przez dłuższą chwilę wpatruje się w jakiś nieokreślony punkt za moją głową. Zastanawiam się, czy w 29’s jest jakiś tajny ochroniarz, który mógłby wybawić mnie z opresji, gdyby mój nowy towarzysz zaczął się napraszać i nagle uświadamiam sobie, że to Johnny Musztarda. Przetłuszczone włosy zwisają mu po obydwu stronach chudej, pociągłej twarzy. Oczy ma rozbiegane, nie golił się chyba od tygodnia. Sprana szara koszula leży na nim jak na zbyt cienkim wieszaku. Kiedy się uśmiecha ( a gdy już rozmawiamy robi to dość często) nie mogę oderwać oczu od jego dziąseł, nabrzmiałych i zaczerwienionych.
„Tyle czasu, Perla, fajnie, Perla, wow, naprawdę, co tam u ciebie? Tyle czasu, Perla”.
Nie widziałam go od pogrzebu Kerstin i teraz wyglądał gorzej, ale wciąż mówił w ten sam sposób, pachniał papierosami i colą tak jak tamtego dnia, kiedy cały czas płakał i ściskał Cię za ramię.
Nie pytałam o Ciebie, a on nie wspominał o Tobie ani słowem. Obydwoje wiedzieliśmy przecież, że jest już dobrze, że jest z Tobą lepiej niż z nami, że się trzymasz, że nie płaczesz już po nocach.
Rozmawiamy jeszcze chwilę, a potem Johnny proponuje, że odprowadzi mnie do domu. Podaję mu fałszywy adres i aż sama się sobie dziwię, jak zmieniły mnie ostatnie miesiące. Boję się teraz ludzi, których szeregi jeszcze niedawno zasilałam z szerokim uśmiechem. Opowiada chwilę, że znalazł jedną, a potem i drugą pracę, ale obydwie stracił (o tym wspomina cichutko na samym końcu monologu), że najpierw był z Liną, a potem jakąś inną dziewczyną, której imienia nie pamiętam. Pali papierosy, po drodze kupuje sobie kolbę kukurydzy. Odprowadza mnie na róg, za którym łapię taksówkę kiedy już, przekonany, że właśnie bezpiecznie docieram do domu, znika w jakiejś wąskiej, bocznej uliczce.
Usadawiam się na tylnim siedzeniu i wpatruję się za okno. Może powinnam była zostawić mu nowy numer i poprosić, żeby wpadł, zrobić kolację (pewnie nie jadł nic ciepłego od tego cholernego pogrzebu i naszej zaimprowizowanej stypy z przypalonymi frytkami). Może powinnam zadzwonić do Luciana i Złotka, do Soczystej Lucy, Yvana Cardonne i tej jego małej Rosjaneczki. Może powinnam odnowić przyjaźnie, bez których kiedyś nie wyobrażałam sobie życia (naszego życia). Już w mieszkaniu, schowana pod parapetem, znajduję w kartonowym pudełku po butach kiedyś obklejonym przez nas precyzyjnie papierkami po Czekoladowych Pingwinach mały notatniczek w skórzanej oprawce. Znajduję ich numery, każdy po kolei dokładnie zamazuję.
Jeśli nie potrzebuję Ciebie, nie potrzebuję nikogo.

Chcę odzyskać siebie. Chcę odzyskać własną wizję siebie. Chcę odzyskać swoje uczucia, swoje myśli, swoje ręce, oczy, nogi, swoją duszę. Chcę wstawać rano i nie zastanawiać się, czy pocałowałbyś mnie w rozgrzany po śnie kark gdybyś mnie teraz zobaczył. Chcę przestać wmawiać sobie, że kiedyś na Ciebie wpadnę, że wystarczy prosić los wystarczająco często i mocno, żeby nagle wszystko wróciło do normy. Żebym obudziła się przy Tobie przed tym wszystkim; przed pojawieniem się Kerstin i jej emocjonalnego wozu cyrkowego, przed moimi rodzicami rozrzucającymi Twoje rzeczy po pokoju, przed pożarem u Freddie’go i przed Twoim cholernym spojrzeniem zbitego psa, przed Tobą, śpiącym na moim progu.
Jeszcze nigdy nie czułam Cię tak bardzo, jak czuję Cię teraz. Czuję Twój brak, on mnie wypełnia, wypełnia mnie pustka, jestem żywym oksymoronem, jestem żywa, oddycham, rozumiesz? Oddycham, płaczę, wmuszam w siebie żałosne butelki dekadenckiego szampana, który ma mi przywrócić siły i wiarę, że jestem wspaniała, że mogę założyć swoje błyszczące sukienki i okulary w rogowych oprawkach i tańczyć dla innych, nie tylko dla Ciebie, że jeśli zechcę skoczyć, to skoczę, jeśli zechcę stanąć, to stanę, jeśli zechcę umrzeć, to przestanę się powstrzymywać myślami, że może jednak staniesz na moim progu jak wtedy i wszystko zacznie się od nowa, tylko w lepszej wersji.

Mamy takie małe buteleczki wypełnione brokatem. Do swojej nasypałam niebieskiego, czerwonego, zielonego i odrobiny różowego (kupiłam całą masę kolorów w małym papierniczym sklepiku na przedmieściach), w Twoim jest srebrny, niebieski i złoty, ułożone warstwami mieszają się powoli. Włożyliśmy do nich karteczki z życzeniami. W Twojej jest moja, w mojej Twoja, dziecinne zabawy dwójki gówniarzy, którzy pewnego wieczora przesadzili z różowym winem w brzydkiej butelce.
Fascynuję się Tobą. Jesteś najprecyzyjniejszym organizmem, najbardziej złożonym uczuciowym tworem z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Kochasz grać, grasz tylko dla szerokiej publiki – recytujesz francuskie dzieła w oryginale, chodzisz z manierą Dylana, miotasz ambitnymi żartami sięgającymi do najniższych instynktów, do uprzedzeń, wywołujesz w nas wszystkich słodkie poczucie winy, oślepiasz błyskiem roznikotynowanych radośnie zębów. Twój śmiech jest pieprzonym huraganem.
Twoje mieszkanie jest wysokie na trzy i pół metra. To jedna z tych starych kamienic, na klatce odchodzi tynk, przy każdym stopniu wiją się wężyki marmurowych zdobień. Jasne okna, chłodne ściany, mnóstwo książek, tkaniny rozrzucone po podłodze sypialni. Dzielisz je z Yvanem Cardonne, kościstym Francuzikiem o którym niewiele wiemy. Yvan głównie pojawia się o świcie, słyszę go, leżąc przytulona do Twojego boku, słyszę jak bierze prysznic, robi sobie kawę, zmienia jedne zamszowe buciki na drugie i znika.
Któregoś wieczora wchodzimy na szafę. Do sufitu brakuje czubkowi twojej głowy pięciu centymetrów. Mojemu ośmiu. Pijemy sok truskawkowy ze starego termosu, bo potłukliśmy wszystkie kieliszki, a kolorowe kubki (dostajesz je na urodziny, rodzice myślą, że kubek zawsze wpasowuje się idealnie w ten podniosły nastrój starzenia się) wydają nam się zbyt trywialne.
Mam na sobie miękką kremową koszulkę z długimi rękawami. Zakrwawiam jeden z nich i pytasz, czy to sok. Odpowiadam, że nie, więc pytasz, czy to z pogryzionych warg. Wiesz, że to z nich, bo strasznie gryzę wargi, ale odpowiadam, że to z serca.

KAI

Lee Anne poznaję pewnego deszczowego wieczora, kiedy wracam do domu metrem, zupełnie przemoczony i skupiony na jakimś, wypisanym potwornie małym druczkiem, artykule poświęconym morderstwom, popełnianym od jakiegoś czasu w porcie. Niespecjalnie mnie to interesuje, nie mam czasu na przesiadywanie w tych wszystkich małych portowych knajpkach, spacery bocznymi, pachnącymi moczem i indyjskim żarciem uliczkami, rozmowy z przechodniami poznanymi przy samym brzegu. Zarabiam na życie; kupiłem nowy garnitur. Mam poważną pracę, poważną minę, poważne buty ze skóry (zabiłabyś mnie za cierpienie tych zwierząt, które poświęciły życie żebym nie musiał obcierać sobie pięt w sztucznych materiałach). W każdym razie siedzę w ostatnim wagonie z tyłu, śledzę te maleńkie literki tylko po to, żeby nie zasnąć i nie przegapić stacji, a potem podchodzi ona, siada vis a vis, zakłada nogę na nogę i już wiem, że wysiądę wtedy, kiedy ona, nawet jeśli ma zamiar jeździć metrem tam i z powrotem przez całą noc (bo jest weekend i działa prawie do świtu).
W końcu wysiada tylko stację za moją i mam cholerne szczęście, bo kiedy wchodzi na ruchome schody (idę trzy kroki za nią) z ramion zsuwa jej się zielony szalik. Podaję jej go bez słowa, a ona uśmiecha się i dziękuje. Zaczynamy rozmawiać, najpierw koślawo, potem coraz normalniej. Kiedy dochodzimy pod jej kamienicę wiem, że nazywa się Lee Anne i studiuje na ostatnim roku, dziennikarstwo. Ma miękką, prostą grzywkę wpadającą do oczu, niewielki zadarty nos i kilka piegów, rozsianych po szczupłej, pociągłej twarzy. Jest drobna i szczupła, niższa ode mnie o głowę, może nawet trochę więcej. Z wysokim, chociaż wciąż melodyjnym głosem, pełnymi ustami i okrągłymi oczami porcelanowej lalki stanowi twoje absolutne przeciwieństwo. Lee Anne jest niezaprzeczalnie piękna, klasycznie olśniewająca, uwodzi ruchem bioder, idealnie balansuje ciałem idąc krok przede mną na swoich wysokich obcasach. Nie czuję już zmęczenia, jemy kolację w chińskiej knajpce pod jej domem i umawiamy się na następny dzień.
Twoje oczy miały kształt migdałów, ale Ty masz teraz swoje życie, a ja mam swoje. Teraz mam Lee Anne i buty z prawdziwej skóry. Teraz mnie przygnębia, przybija i zawodzi, ale najwyraźniej właśnie tak ma być.

Często się zastanawiam jak bardzo człowiek może zmienić się w ciągu tak krótkiego okresu czasu, ale w końcu dochodzę do wniosku, że okres zmian zachodzących w moim umyśle, okres, podczas którego moje uczucia przyjmowały zupełnie inną, zupełnie nową formę trwał tak naprawdę potwornie długo. Aż dziwne, że Ty, tak cholernie zdolna, wrażliwa i uważna obserwatorka w ciągu dwudziestu sekund potrafiąca określić, czy ktoś ma depresję, jest alkoholikiem albo schizofrenikiem niczego nie zauważyłaś dopóki Kerstin nie stanęła na naszym (wtedy już naszym) progu z podrabianymi walizkami LV w obydwu dłoniach.
Chciałem to zrobić filmowo, gwałtownie i niespodziewanie, ale kończy się tak, że wyrzucam Cię z życia powoli, systematycznie. Zawsze we mnie będziesz, wiem, ale może kiedyś wspomnę Cię jako małą przygodę z młodości, jako błąd, albo po prostu urok bycia nieświadomym konsekwencji, urok uświadamiania sobie, że odpowiedzialność w końcu kiedyś nas dopadnie.
Albo w ogóle nie będzie ‘kiedyś’. Może w ogóle już nie ma. Może się staczam, może któregoś dnia się nie obudzę, nie otworzę oczu mimo nieodpartej chęci, którą dopiero co sobie przywracam.

Na początku grudnia zabieram Cię na koncert zespołu w którym gra obecny chłopak byłej dziewczyny Yvana Cardonne. Grają na zbitej z desek i sklejkowych skrzyni scenie; lokal, ukryty w piwnicy jednej z kamienic przy Studiestraede wypełnia papierosowy dym, zapach piwa, szczupłe ciała w wintydżowych ubraniach w większości kupionych za pieniądze zarobione przy sprzedawaniu bajgli albo gofrów czy też rodzicielskie pensje (chociaż wszyscy udajemy dojrzałych, zdolnych do samodzielnego utrzymywania się, wszystko widzących i wiedzących, takich, którzy więcej przeżyli niż mają jeszcze do przeżycia - i może to prawda, Suzana K, ta dziewczyna z krótkimi czarnymi włosami, która oblewa mi buty piwem ginie dwa dni później w zupełnie niedorzecznym wypadku samochodowym) i kiepski pseudo brytyjski rock wymieszany z jękliwym śpiewem wokalistki, ubranej tylko w brokatowe mini-szorty i body w panterkę, tak potwornie alternatywnej, że aż kiczowatej.
Nie pijemy dużo, ty zamawiasz sobie owocowe piwo z sokiem i tłumaczysz, że nie możesz pić samego piwa, bo jest zbyt gorzkie i od razu Cię wykręca, a ja trzy wódki i jakiegoś kwaśnego drinka. Nie zaczynają nawet piątej piosenki kiedy wyciągasz mnie z klubu, potykasz się na krawężniku, wciągasz mnie do taksówki i podajesz kierowcy swój adres.
Nie wiem, że Twoich rodziców nie ma, dopiero rano tłumaczysz, że wyjechali w sprawach zawodowych, twoja matka coś załatwia a ojciec robi za przyzwoitkę (albo odwrotnie, czy to ważne?). nawet gdyby byli, no cóż, niewiele mnie w tamtej chwili obchodzą, jesteś zupełnie inna niż zwykle i zastępujesz swoje nieśmiałe, ledwo wyczuwalne pocałunki śmielszymi, dwa razy spadamy z łóżka zanim udaje Ci się rozpiąć mój pasek. Nigdy tego nie mówiłaś, ale wiem, że to Twój pierwszy raz, więc Chryste, jestem nowym pieprzonym Romeo, obcałowuję każdy skrawek twojej skóry (smakuje trochę jak mleko, a trochę jak serek waniliowy, albo karmel, nie mogę się zdecydować) bawię się Twoimi włosami, jestem cierpliwy, potwornie delikatny, jestem spełnieniem wszystkich dziewczęcych marzeń, jakie mogę sobie tylko wyobrazić. Oddychasz głęboko, wyrywa Ci się jeden krótki jęk, który wżyna mi się w pamięć raz na zawsze, wyginasz się w łuk, zaciskasz palce na moich łopatkach.
Budzę się z ustami tuż przy Twoim ramieniu. Śpisz. Patrzę na Ciebie, na Twoje lekko rozchylone usta, krągłe biodra okryte rąbkiem kołdry, delikatne dłonie, czarny lakier do paznokci, odrobinę odpryskujący na palcu wskazującym.
Jestem szczęśliwy, a ty jesteś przepiękna i spokojna. Leżę tak przy Tobie patrząc, dopóki się nie budzisz i wiem, że już zawsze będziemy razem. Zawsze.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

II.

niedziela, 27.września.2009, 01:08
PERLA

Julja maluje paznokcie. Z uwagą przyglądam się jak nakłada jedną, a potem drugą warstwę lakieru w ostrym odcieniu różu. Przez chwilę macha dłońmi, a potem dmucha na nie, zabawnie mrużąc przy tym oczy. Znowu macha, dmucha i macha, a potem odkręca buteleczkę z bezbarwnym lakierem utwardzającym.
Mam przed sobą stertę notatek. W zmęczonych kołonotatnikach i na kartkach o postrzępionych brzegach kłębi się wszystko. Ohm przytula się do pani Bovary, całki okalają Marię Antoninę. Jest sobota, późny wieczór. Cofnijmy się w czasie, rok temu pewnie właśnie wsiadałabym do taksówki – zalana w sztok i przeszczęśliwa, potykając się o własne nogi.
- Robespierre – rzuca hasło Ronja, dotąd siedząca w milczeniu przy biurku. W dłoni trzyma czekoladowe ciastko, w różowych puchatych kapciach wygląda jak jedna z tych kur, które mają pióra nawet na łapkach.
- Stany Generalne, Konstytuanty, jakobini. Nieprzekupny – Julja otwiera usta, ale ją wyprzedzam. – Rewolucja zżera własne dzieci.
- Bingo! – Ronja uśmiecha się szeroko i pochłania ciastko. Egzaminy są blisko, spędzamy weekendy na gruntownych powtórkach, żyjemy jak mniszki, zamiast korzonków pochłaniamy sterty niezdrowego jedzenia.
Wszystkie zasłużyłyśmy na jakąś nagrodę.

Przyzwyczaiłam się do Ciebie w moich snach. Na początku bolało, budziłam się ze łzami szczęścia na poduszce, co do której wmawiałam sobie systematycznie, że jeszcze Tobą pachnie (oczywiście przesiąkła już moimi perfumami, zapachem moich gorączek, paranoi i słonością łez), a potem dopadała mnie wściekłość, bo to był przecież tylko pieprzony sen. Potem byłam zdziwiona, nikt jeszcze mi się tak nie śnił, nikt nie śnił mi się dzień w dzień.
Ale teraz jestem już przyzwyczajona. Wiem, że skoro się kładę, skoro wykonuję wszystkie te czynności (spinam grzywkę, zmywam makijaż, przemywam twarz oczyszczającym tonikiem, smaruję się nawilżającym kremem do skóry wrażliwej, myję zęby, wkładam wyciągnięte beżowe spodnie od dresu i koszulkę na ramiączkach, walczę z pokusą zapalenia papierosa, wchodzę pod kołdrę, przerzucam jakąś książkę albo notatki na następny dzień i, o ile się nie ładuje, ze słuchawkami iPoda w uszach zamykam oczy), to prędzej czy później, w którejkolwiek z tych, noszących skomplikowane nazwy faz snu Ty się pojawisz.
Po prostu, nagle. Albo cały, calutki, owiany jeszcze jakąś historią, albo też tylko jakaś Twoja cząstka, jakaś myśl z Tobą związana, jakieś zdanie, które kiedyś przy mnie wypowiedziałeś.
Nawet jeśli śni mi się, że ciotka Leokadia pożycza swojej sąsiadce, dajmy na to „Annę Kareninę” w beżowych okładkach, to już towarzyszysz mi przez cały następny dzień.
A wieczorem czytam Annę Kareninę i zasypiam.
W nocy wracasz jako Wroński.

Siedzimy przy stoliku, przy którym na ogół siadam sam. Tym razem też miałem nadzieję na kontemplację bólu mojego żywota, na ciche cierpienie pod ostrzałem tęsknych spojrzeń przerywane pytaniami którejś odważniejszej (czy mi przeszkadza, czy może się dosiąść, czy ja to naprawdę ja) i moimi odpowiedziami (tak, nie, nie jestem pewien).
Najpierw milczymy, potem czerwienisz się i pytasz, czy postawić mi drinka. Potem się śmieję i w końcu to ja go Tobie stawiam (chociaż to prawie nie drink, siedem ósmych rozmemłanych cytrynowych lodów przypada na jedną ósmą wódki, musiałabyś więc wypić osiem takich, po drodze pewnie rzygając dalej niż widzisz, żeby poczuć najmniejszy choćby zawrót w tej swojej słodkiej, niewinnej główce). Opowiadasz, że Twój ojciec przejechał sarnę, a ja zaczynam podśpiewywać o dzikich zwierzętach. Jakiś stary znajomy wyrasta zza moich pleców, przedstawia Ci się jako Johnny Musztarda (widzę jak prawie mdlejesz ze śmiechu), a potem ściska mnie tak, jak ściska się przyjaciela wracającego z wojny. Przysiada się i zamawia duże piwo, ale Ty na niego nie patrzysz, a i ja już od samego początku patrzę tylko na Ciebie. Johnny Musztarda obraża się i odchodzi; nogi rozstawia szeroko, ma nienaturalnie usztywnione biodra, ręce w kieszeniach- wszystko przez te kowbojki.
Mówisz, że masz jutro jakąś rodzinną imprezę i powinnaś być w dobrym stanie, ale bierzesz kolejnego drinka, tym razem mocniejszego i już sama za niego płacisz. Ja mówię, że zaczynam pracę o ósmej, bo robimy remanent. Odgarniasz włosy i podajesz mi swój numer, płacę za swoją tequilę i opieram dłonie na blacie, żeby odepchnąć się od niego i wstać.
Ale nie wstaję.
I Ty też nie.

KAI

Czasami w piątki chodzę na basen. Prawie w ogóle nie piję. Kallenson, mój psychiatra dziwi się, że wszystkie wyniki mam takie świetne; każdy mądry test robi ze mnie zdrowego człowieka, chociaż tak naprawdę prawdopodobnie psychicznie już nie żyję. Mam własne biuro, od strony reszty pracowników oszkloną ścianę przesłoniętą żaluzjami, które mogę zasłaniać i robić Bóg jeden wie co (najczęściej płaczę albo śpię) albo odsłaniać i obserwować jak te małe zagarniturowane mróweczki systemu uwijają się w dzikim pędzie, zamiast sosnowych igiełek i ziarenek piasku nosząc teczki i ofoliowane kanapki z bufetu, biurko z ciemnego drewna, pseudo-artystyczne przyciski do papieru.
Chodzę na lunche. Kolacje. Na papierosa na dachu budynku. Na bankiety. Przyjęcia. Na konferencje. Chodzę rzygać do kibla.
Mam udane życie. Dobrą pensję. Własne mieszkanie. Dobrą opiekę medyczną. Poukładane życie.
Moje związki kończą się zwykle po obiedzie u jej rodziców. Do moich nie chodzimy.

Całkiem nieźle sobie radzę z tą tęsknotą.
Jest mi z nią o tyle dobrze, że nigdy nie jestem sam. Mam nowe hobby; lubię wynajdywać zalety rzeczy, które nie mają żadnych zalet. Ta zabawa nigdy się nie kończy.
Powtarzam sobie ciągle, że to była tylko zabawa. Że MY byliśmy zabawą.
Byliśmy nieudaną premierą, tortem pieczonym bez przepisu. Byliśmy pierwszą jazdą na rowerze (ktoś trzyma kij, wmontowany w uchwyt za siodełkiem, a potem nagle go puszcza, rozpiera Cię duma, jedziesz sam- z prędkością jeden na godzinę - wiatr i własne radosne okrzyki świszczą Ci w uszach, a potem czujesz, jak odpowiedzialność ląduje Ci na ramionach, nie zauważasz krawężnika, dłoń zsuwa Ci się z kierownicy, odblaskowe sznurówki wplątują w szprychy), byliśmy wielkim sukcesem, który niespodziewanie kończy się fiaskiem.
Siedzieliśmy na dachu, potwornie pijani i niepocieszeni, było zimno i ciemno, cisza tak głośna, że zatykaliśmy sobie nawzajem uszy i wtedy zobaczyłem koniec. Zobaczyłem, że się skończymy, że się kończymy.
Nie płakałem jednak; to MY mieliśmy się skończyć, ale każde z nas miało istnieć potem z osobna.
Z tym, że coś potoczyło się nie tak, to było zbyt silne nawet jak na nas i kiedy skończyliśmy się razem, skończyło się także każde z osobna.

Czasami bywałem w Twojej szkole. Mam tu znajomego czy dwóch. Rozwieszałem plakaty o koncertach albo szukałem jakiejś Sali prób. Kiedyś popołudniami malowałem u was klasę biologiczną, ale to było zanim siostra Johnny’ego Musztardy załatwiła mi pracę w sklepie muzycznym.
Teraz próg tego, pachnącego utrwalaczem do drewna i kanapkami z ogórkiem, zabytkowego ponoć budynku przekraczam tylko kiedy po Ciebie przychodzę. Ochroniarzowi, który zazwyczaj pali przed wejściem albo, siedząc w swojej zatęchłej pakamerze małym widelczykiem zajada śmierdzące konserwy pokazuję legitymację studencką. Przechadzam się korytarzem. Wychodzę na dziedziniec. Czekam.
W poniedziałki i środy kończysz jakoś po piętnastej. We wtorki i piątki o czternastej trzydzieści. Najgorsze są jednak czwartki, bo masz fakultety historyczne i możemy zobaczyć się dopiero o osiemnastej. Po dwóch tygodniach bliższej znajomości znam Twój plan lekcji na pamięć. Jeszcze się nawet nie całowaliśmy, a ja zaczynam pamiętać nazwiska wszystkich Twoich nauczycieli. Ty wiesz wszystko o moich wykładowcach. Znasz na pamięć mój adres. Numer komórki. Domowy. Telefon do pracy. To piękne i przerażające; po trzech tygodniach znasz nawet mój pesel.
Przedstawiasz mnie rodzicom. Piętnastego października (miesiąc i trzy dni od wieczora w barze) całuję Cię w kącik ust. Jest ciemno i chłodno, stoimy na krawężniku przed Twoim domem.
Twoje włosy powiewają na wietrze. Pachniesz dobrymi perfumami. Masz zamknięte oczy, nierówne kreski czarnej kredki na jasnych powiekach.
Śmiejesz się i znikasz w domu. Jest naprawdę dobrze.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

JEDEN.

niedziela, 6.września.2009, 23:56
PERLA

Siedzimy w restauracji, moja matka, osoba, którą kocham tak bardzo że aż mnie samą to przeraża siedzi po mojej lewej stronie. Ojciec żuje zajadle.
Dyskutujemy o czymś, głośno argumentujemy, intensywnie gestykulujemy, wchodzimy sobie w słowa; obydwie mamy to samo zdanie.
Matka wygląda na dziesięć lat mniej niż ma w rzeczywistości, ojciec podobnie, chociaż i tak jest od niej starszy o kolejne dziesięć. Bilans jak zawsze wychodzi na zero, wszyscy razem mamy sto trzydzieści pięć lat, chociaż jak na moje oko wyglądamy na najwyżej sto dwadzieścia sześć. Jestem tak zwanym późnym dzieckiem. Nie opóźnionym. Późnym. Wykochaną jedynaczką, jedynym szczęściem moich rodziców, którzy, jak powiada ojciec, załapali się na najbardziej opłacalne last minute w życiu.
Szczerze mówiąc ani trochę nie wierzę w prawdziwość jego słów; nie przynoszę aż takich profitów, a, zupełnie jak jakiś zdezelowany sportowy samochód wymagam tylko coraz to nowszych inwestycji (na ramoneskach z ćwiekami poczynając i przy aparatach ortodontycznych kończąc).
- Nie piszesz już poezji – mówi matka. Kawałek suszonego pomidora staje mi w gardle, a potem czuję, jak próbuje wrócić na swe poprzednie miejsce. Próbuję wbić widelec w cieniutką nitkę makaronu, w efekcie rozdrabniam ją na maleńkie kluseczki. Nie piszę, bo nie jestem już nieszczęśliwa. Nie piszę bo nie jestem teraz żadna.
Nie odzywam się ani słowem.

Kiedy Cię widzę jesteś tylko tym głosem. Naprawdę ciągle słyszę ten głos, słyszę go bez przerwy. Jesteś w tramwajach, którymi nie jeździsz, ulicach, którymi nie spacerujesz, na imprezach, na które nie chodzisz. Oglądam się przez ramię i widzę Cię, widzę Cię w jakimś szczególe, w papierosie trzymanym w dużej dłoni, obracanym przez Ciebie między tymi giętkimi palcami, w wychyleniu ciała (zawsze się tak poruszasz, kiedy się śmiejesz) w spojrzeniu ciemnych oczu, nigdy-niewiadomego-koloru. Potem patrzę przed siebie i przez ułamek sekundy nabieram siły, żeby znów się odwrócić, nabieram siły, żeby naprawdę stawić Ci czoła, żeby Cię zaskoczyć, po raz pierwszy od dawna rozmawiać, nie mówić. A potem odwracam się z lekkim uśmiechem na zagryzionych na śmierć ustach, z wypracowaną, zamierzoną melancholią i dramatycznym machnięciem dłoni (‘oh, a więc tu jesteś!’) i nagle to już nie jesteś Ty.
To nie te dłonie; jak mogłam się TAK pomylić?


Spaceruje po szkolnym patio. Jest wczesna jesień. Jako jedyna w klasie ma ciemne włosy, wzrok skupiony, paznokcie pomalowane na fioletowo. Nawet bezkształtna kraciasta koszula wygląda na niej całkiem nieźle, może trochę poszerza ją w biodrach, ale także dodaje charakteru. Przez krągłe ramię przewiesiła różaną torbę, włosy splotła w luźny supeł. Nie pali, chociaż wobec szkolnych zasad mogłaby; osiemnaste urodziny i wielką popijawę zaliczyła kilka tygodni wcześniej.
Liście zaczynają się złocić. Ciągle wyczuwasz w nich zieleń, podświadomie czujesz, że to jeszcze ich kolor, że tak naprawdę ta złota otoczka to jakiś średnio wykonany kostium. Lipiec był deszczowy, sierpień zaskoczył wszystkich upałami. Wrzesień słoneczny, chociaż noce już nie takie ciepłe (ale ciągle śpi przy oknie otwartym na oścież, nie nosi rajstop, wyrzucić śmieci wychodzi w podkoszulku).
Stoi w cieniu drzew, połowę twarzy oświetlają jej popołudniowe promienie słońca. W dłoni trzyma jakiś kołonotatnik. Mimo, że szkoła zaczęła się może dwa tygodnie temu jest już w jednej czwartej zapisany. To zapewne nie jej zeszyt, nikt nie wie, co to jest. Ona zawsze gdzieś pasuje. Po prostu gdzieś pasuje. Czy w rozkloszowanej spódnicy w bliżej nieokreślonym pastelowym kolorze stoi nad brzegiem jeziora, czy raczej zatacza się niezgrabnie schodząc po pijaku ze schodów od razu widzisz, że właśnie tam powinna się znaleźć w tej chwili, właśnie tam, gdzie w istocie się znajduje.
Chce się ją zabrać ze sobą (ja chcę ją zabrać), ale wiesz, że nie wytniesz Mony Lisy z Mony Lisy.
I teraz również, chciałoby się wziąć w dłoń ostry nożyk do papieru i wziąć ją dla siebie, taką wpasowaną-niewpasowaną w to piękne tło, a jednak tylko stoisz i patrzysz. Tylko stoisz i patrzysz.
Ja patrzę.

KAI

Czuję zapach spalenizny. Zamykam drzwi, ale on ciągle tu jest. Nie swąd, który wchodzi głęboko pod skórę, zaszywa się w nozdrzach, pod paznokciami, za uszami i wśród nitek rzęs; zapach.
Jak to możliwe (nie rozumiem), że ponieważ byłem tam wczoraj jestem tam jeszcze teraz, jakby coś mnie rozwlekało w czasoprzestrzeni; nie mogę zebrać myśli, nie mogę zebrać się z podłogi, nie mogę zebrać rozsypanych wspomnień.
Zapalam papierosa. Miałem rzucić; mało kto z moich znajomych jeszcze mnie o to nie prosił. Przynajmniej wiem, że będą tęsknić, ale na tęsknocie już mi nie zależy.
Jestem dorosłym facetem (w teorii). Dorosłym, doświadczonym (zależy od której strony na to patrzysz) facetem. Zrównoważony to pojęcie względne, ale takim określają mnie lekarze: Zupełnie zrównoważony. Normalny.
Codziennie rano wyjmuję rzeczy ze zmywarki. Wieszam kolejne prania, czasami sprzątam. Wykręcam numery (z ósemką na początku jeśli chcę zamówić makaron, z szóstką i czwórką jeśli pizzę, a z jedynką, zerem i jedynką jeśli chińskie jedzenie). Zamykam drzwi, otwieram drzwi; wejściowe, balkonowe, łazienkowe, do lodówki, drzwi szafy, drzwi szafek, drzwiczki skrzynki na klucze (jakiegoś starego prezentu od którejś z dziewczyn, już nie wiem). Rutyna dopada w końcu i mnie. Długo uciekam, ale w końcu wpadam w jej, zastawione z niezwykłym sprytem, sidła.
Przyjaźnię się z samotnością.

Na prawej dłoni masz cztery blizny. Tymczasowo, mówiłaś, trochę się opalę i znikną. Jedna jest małą jasną kropką, niewiele większą od łebka szpilki gdzieś przy kciuku. Dwie następne to długa na sześć czy siedem centymetrów linia od jakiegoś oparzenia i krótka kreska; podrapał Cię kot. Ostatnia oplata twój palec wskazujący. Nie jak pierścionek, raczej trzeba się przyjrzeć, żeby zauważyć, że jest jak miniaturowa korona cierniowa. Nie mówiłaś, skąd ją masz.
Jeszcze teraz, kiedy zamknę oczy, widzę je. Składasz się dla mnie głównie z miękkości włosów, z błysku w oczach, ze śmiechu, kokieterii, która wcale nie jest kokieterią a zwykłym brakiem pewności siebie, z gestów smukłych dłoni (do każdego uczucia dopisałaś osobny, a więc zgięty palec wskazujący przy dolnej wardze to: Kocham Cię, a lewa dłoń wpleciona we włosy tuż nad czołem to: Kai, musimy się rozstać).

Kai siedzi przy obdrapanym stoliku. Spod zielonego lakieru, którym ktoś kiedyś go pomalował wyziera teraz ponury beż sklejki. Wysoka szklanka pełna wódki i soku pomarańczowego, którą przed chwilą podała mu skąpo ubrana, znudzona kelnerka w obcisłych błękitnych szortach stoi teraz na samym środku sklejkowego placka. Kai przygląda się papierosowi dokonującemu żywota w popielniczce z szarego szkła.
Włosy ma już przydługie, kosmyki nierówno obciętej roztrzepanej grzywki wpadają mu do oczu. Zaciął się przy goleniu, w nocy spał dwie i pół godziny. Żyje kawą i tanimi sucharkami w kształcie miniaturowych tostów mającym dodać im zapewne atrakcyjności.
W dzień się uczy, po południu pracuje w sklepie z tanimi płytami alternatywnych zespołów o których nikt nie słyszał (w większości nazw znajdują się ptaki, drzewa i pokój na świecie). Czas wolny poświęca na próby zespołu, w piątkowe wieczory gra w mało popularnych klubach. Odnosi sukcesy, wygwizdali go tylko dwa razy.
Jestem na każdym koncercie. Na początku bywałam na nich przypadkiem, ale teraz zawsze znajduję jakiś pretekst. Szukam znajomego, chcę wstąpić tylko na chwilę, z kimś się umówiłam, słyszałam, że będzie fajnie.
Znajduję tysiące powodów, żeby go zobaczyć, a on siedzi. Zawsze przy tym samym stoliku, czasami w towarzystwie zblazowanych znajomych albo przyćpanych panienek. Ale siedzi.
A ja do niego podchodzę.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Mój Profil

Podlinkuj

2009
wrzesień (2)

2010
styczeń (1)

brak kategorii (3)
wszystkie (3)

winehousewasteniewtamankefrench-connectionscrooked-thoughtmakabrelbalaclavaborn2bwildbobbymatchgirlpan-rgarnekbezuchasister-raypanna-xypoppychildbellechoses